Norman Tec

Relacja z upalnego Enea Poznań triathlon

Poznańskie zawody były czwartymi w całym cyklu Enea Tri Tour. Były bo odbyły się w miniony weekend. Ponad  2300 zawodników postanowiło zmierzyć się z dwoma dystansami ¼ i ½ Ironman.

Starty z racji na tak dużą liczbę zawodników były podzielone na dwa dni. W Sobotę z trasą i wielkim upałem zmagali się zawodnicy na dystansie krótszym, natomiast niedziele była zarezerwowana dla dystansu dwa razy dłuższego. Ci którzy startowali już w Poznańskiej imprezie wiedzieli, że organizacja imprezy musi być na najwyższym  poziomie. I tak faktycznie było, mimo wielkiego upału organizatorzy zadbali o odpowiednią ilość wody, napojów izotonicznych, owoców, żeli i worków z kostkami lodu. Na trasie było kilka kurtyn wodnych, mimo to upał doskwierał i wielu zawodników musiało zrezygnować z walki o życiówki.  Poznańska trasa uchodzi za jedną z szybszych na mapie imprez triathlonowych w naszym kraju. Etap pływacki odbywał się standardowo w Malcie. W stosunku do zeszłego roku zmianie uległa trasa kolarska. Etap biegowy standardowo odbył się na około jeziora Malta.


Równo rok temu zadebiutowałem w triathlonie i teraz 27 lipca 2014 roku znowu stoję na starcie triathlonu na dystansie ½ Ironman. Rok temu wchodząc do Malty nie wiedziałem czy ukończę te w mojej ocenie niewyobrażalnie ciężkie zawody, okazało się, że tak. W minioną niedzielę wchodząc do tej samej wody, bogatszy w doświadczenia, mając zaliczone kilka innych startów byłem pewien, że jestem w stanie to zrobić, ale nie wiedziałem jak bardzo przeszkodzi mi w tym upał…

IMG 2453

Ale od początku. Po wejściu do wody wraz z 1100 innych zawodników, znów poczułem to niesamowite uczucie spowodowane walką z innymi i samym sobą. Wraz z innymi uczestnikami nerwowo czekaliśmy na wystrzał armaty… Zaczęło się, płynę w tłumie, co chwilę ocierając się ręką, biodrem czy nogą o moich rywali. Przede mną 1900 metrów pływania w wodzie o temperaturze bliskiej 25 stopni. Po około 300-400 metrach walki z oddechem, pulsem i innymi rywalami udało się osiągnąć odpowiedni rytm i oddech. Wiedziałem, że dopiero teraz mogę zacząć wyścig sam ze sobą. Jeżeli chodzi o moją osobę jestem typem triathlonisty, który nie ma serca do pływania i treningów pływackich traktując tą cześć triathlonu jako dodatek do kolarstwa i biegu. Po około 36 minutach zameldowałem się w strefie zmian, gotowy do zmagań z szybką 90km trasą.

Wiedziałem, że etap kolarski jest moją najmocniejszą stroną, dlatego postanowiłem dać z siebie wszystko nie bacząc zbytnio na konsekwencje podczas biegu. Pierwsza część trasy prowadziła w kierunku Kostrzyna. Lekko wiejący wiatr w twarz nie pozwolił na rozwinięcie założonej prędkości ale wiedziałem, że droga powrotna będzie szybsza i taka w rzeczywistości była. Średnia prędkość po pokonaniu pierwszej pętli dawała zadowalającą wartość około 37km/h. Druga pętla to walka z jeszcze większym wiatrem i niestety bolącym żołądkiem. Mimo to starałem się utrzymać odpowiednie tempo i kadencje, która oscylowała w granicach 90 obr/min. Tak jak w przypadku pierwszej pętli trasa powrotna do Poznania była szybsza. Trasę kolarską przekraczającą zakładane 90km pokonałem w 2:30 co jest jednym z moich najlepszych wyników w dotychczasowej karierze.

Po zejściu z roweru, szybkim uzupełnieniu płynów rozpocząłem morderczy bieg na dystansie 21,1km. Morderczy był nie tyle dystans, a upał, który skutecznie zniechęcał do przebierania nogami. Pierwsze z 4 okrążeń biegu pozwoliło mi przekonać się jak bardzo ciężko będzie osiągnąć linię mety bez pomocy osób trzecich. Zlokalizowane mniej więcej co 1,5km kurtyny wodne i punkty żywieniowe były tak bardzo oblegane, że trzeba było się zatrzymać by móc cokolwiek zjeść czy wypić. Im bliżej mety tym bardziej organizm odmawiał posłuszeństwa, mimo to miałem nadzieję że uda się przebiec cały dystans. Plany dotyczące uzyskania zakładanego czasu na mecie uciekły, a ja  w końcu musiałem przejść do marszu. Trzecie okrążenie było tym na którym spotkała mnie przysłowiowa ściana. Na nic zdawały się okrzyki kibiców i wolontariuszy. Mój organizm przestał ze mną współpracować. Przebiegnięcie obok mety widząc jak inni już delektują się piwem i owocami spowodowało, że odżyłem i zacząłem wierzyć w to, że ja też dam radę. Ostatnie okrążenie pokonałem całe biegiem docierając w końcu do upragnionej mety. Czas 5:15 minut nie jest wymarzony ale z pewnością były to najcięższe zawody w jakich brałem udział. Po zeszłorocznej ulewie przyszedł czas na morderczy upał. Ciekawe co będzie za rok. Ja na pewno wrócę i sprawdzę.

Udostępnij na FB